Ślub boho w pensjonacie Mieszko i Jagienka
Jest poranek 31 lipca. Słońce coraz mocniej odbija się od ciemnej tafli asfaltu. Zapowiada się kolejny upalny dzień. Ale przecież właśnie takie sprawdzają się najlepiej na ślubach plenerowych. Gdy wskaźnik temperatury leci w górę, nie marudzimy, bo chyba jak większość fotografów ślubnych śluby pod gołym niebem darzymy ogromną sympatią. Więcej przestrzeni, więcej powietrza, a i o uśmiechy gości jakoś łatwiej, gdy nad ich głowami znajdują się drzewa i chmury, a nie zamknięte sklepienia kościołów. Bierzemy łyk wody i jedziemy dalej. Z góry z powagą spogląda na nas Ślęża, to znak, że jesteśmy coraz bliżej. Próbujemy sobie przypomnieć, kiedy zakochaliśmy się w Dolnym Śląsku. Pamięcią cofamy się do jednego z pierwszych wspólnych wyjazdów, gdy Drogę Stu Zakrętów pokonywaliśmy nadgryzionym zębem czasu (i rdzą) ukochanym kabrioletem Pawła w kolorze butelkowej zieleni. To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy padło na głos zdanie: Ależ tu pięknie!
Mijamy drewniane drogowskazy i starą bramę z tańczącymi na wietrze papierowymi piórkami pociągniętymi złotą farbą. W końcu szykuje się ślub boho, a ten aż prosi się o takie proste i zmyślne detale. Dojeżdżamy na miejsce i aparaty idą w ruch, jeszcze zanim bagaże trafią do pokoju. Pensjonat Mieszko i Jagienka wita nas z otwartymi ramionami, uchylając przed nami swe lekko skrzypiące drzwi, popularne tło do zdjęć powstających w trakcie miniplenerów w dniu ślubu. Czujemy się tak, jakbyśmy nagle znaleźli się w jakiejś równoległej rzeczywistości, która rządzi się zupełnie innymi prawami niż dobrze nam znana miejska dżungla. Jest swojsko, na luzie, jak na wakacjach u babci. Tutaj czas mija o wiele spokojniej. Ta ciekawa miejscówka na ślubnej mapie Dolnego Śląska skradnie serca przede wszystkim tych, którzy kochają się w ślubach boho i rustykalnych oraz vintage i retro – wystarczy nacisnąć starą mosiężną klamkę, by przenieść się co najmniej kilka dekad wstecz. W korytarzu pochrapuje mopsik senior, piętro wyżej na pluszowym fotelu wyleguje się czarny kot. Na regale stoją lekko zakurzone książki cofające nas tytułami do czasów szkoły średniej.
W środku jest dość ciemno, ale nam to zupełnie nie przeszkadza, lubimy lekko przydymione portrety w starych wnętrzach. Pewnie większość fotografów ślubnych, by mieć dostęp do lepszego światła, na przygotowaniach wyciągnęłaby młodą parę na zewnątrz, ale my wolimy zaryzykować. Chcemy, by historia była autentyczna i spójna. Zostajemy w środku. Namawiamy Domi i Tomka (nazywanego przez bliskich Alkiem), by wspólne ubieranie odbyło się w salonie na wprost wejścia. I dziś wiemy, że to była bardzo dobra decyzja. Prosimy, by na przygotowaniach w pokoju zostali tylko przyszli nowożeńcy, chcemy podarować im chwilę spokoju i wyciszenia przed ceremonią ślubną. Jesteśmy wielkimi zwolennikami przygotowań tylko we dwoje, bo wtedy dzieje się magia, pojawia się taka bliskość, jaka nie mogłaby zaistnieć, gdybyście ubierali się osobno i gdyby były w to zaangażowane dodatkowe osoby.
Wiecie, kiedy czujemy, że nasza praca ma sens? Po pierwsze, gdy tuż po ślubie piszecie, że nie spodziewaliście się z naszej strony takiego zaangażowania i goście nie mogli się nadziwić, że byliśmy dosłownie wszędzie, gdzie działo się coś ważnego/fajnego. Po drugie, gdy już po zobaczeniu pierwszych zdjęć przesyłacie pierwszy feedback i to taki, że serca nam się powiększają co najmniej dwukrotnie. Po trzecie, gdy Wasze mamy stają się naszymi najwierniejszymi fankami. Po czwarte, gdy po zobaczeniu gotowego materiału piszecie nam, że polały się łzy szczęścia i zostawiacie miłe rekomendacje. No i jeszcze wtedy, gdy trafiacie do nas z polecenia naszych wcześniejszych par albo dlatego, że spodobały Wam się ślubne zdjęcia, które dla nich zrobiliśmy. Właśnie tak było z Domi i Alkiem.
Nasza para przygotowała własne przysięgi. Przygotowane przez nich przemówienia zdołały wzruszyć i ich samych i mamy, i gości. Takie śluby lubimy najbardziej, choć nawet nam nie jest wtedy łatwo zapanować nad emocjami. Cieszymy się, że śluby humanistyczne stają się w Polsce coraz popularniejsze, bo dają młodym parom pełną kontrolę pod względem wyboru miejsca, charakteru oraz czasu trwania ceremonii. Domi i Alek wzięli już ślub cywilny, ale czuli potrzebę, by ten wielki krok uczcić w gronie bliskich i przyjaciół. Mistrzem ceremonii ślubnej w plenerze był ich znajomy. Dzięki temu całość miała charakter bardzo kameralny, wręcz intymny.
Pod względem oprawy dzień Dominiki i Tomka stanowił połączenie najlepszych elementów ślubu boho i rustykalnego – ceremonia ślubna pod chmurką, wesele w oranżerii i tańce w plenerze. Do tego pląsająca na wietrze suknia ślubna z drugiej ręki (wielkie brawa za wątek ekologiczny!), uroczy wianek we włosach panny młodej i poziomki w ślubnym bukiecie. Długo marzyło nam się wesele w szklarni, a Mieszko i Jagienka nadaje się do tego doskonale. Zauroczyły nas piękne dekoracje stołów w duchu uwielbianego przez nas stylu greenery wedding, z licznymi kolorowymi kwiatami i ogromną ilością zieleni, a do tego wątek humorystyczny w postaci niespodzianki dla gości – winietek przygotowanych przez naszą dowcipną parę młodą.
Długo mogliśmy pisać o tym pięknym ślubie w oranżerii pensjonatu Mieszko i Jagienka, ale po co, skoro obrazy potrafią powiedzieć znacznie więcej niż słowa. Zabieramy Was do niezwykłej krainy, gdzie skrzące się wszystkimi kolorami tęczy motyle tańczą wokół pokrytych kwieciem krzewów, a kolejne godziny odmierzają melodie starych drewnianych zegarów… Zanurzcie się z nami w historii o wakacyjnej miłości, która przetrwała próbę czasu i zakończyła się w najlepszym możliwym stylu, wielkim happy endem.
Miejsce: Mieszko i Jagienka
Plannerka i florystka: Kwiat Rumiany